|
W czwartek 23
sierpnia 1923 ok. godz. 22.00 czy 22.30 Ks. Minzoni w towarzystwie
młodego parafianina Enrico Bondanelli powracając z kròtkiego
spaceru kierował swe kroki w stronę sali kinowej swego
Rekreatorium gdzie jak zwykle odbywał się spektakl.
Na kilka krokòw przed salą kinematograficzną z zaułku
ciemnej i wąskiej ulicy, Ks. Minzoni i jego parafianin Enrico
zostali z zaskoczenia zaatakowani przez dwòch mężczyzn.
Akcja tych dwòch skrytobòjcòw była błyskawiczna i
śmiertelna. Uderzenie drewnianą pałką w kark,
zadane z niezwykłą siłą spowodowało,
że Ks. Minzoni zachwiał się na nogach a potem upadł
na ziemię nie mogąc wypowiedzieć ani słowa.
Enrico Bondanelli ròwnież uderzony i ciężko ranny
w głowę nie był w stanie podjąć żadnej
obrony, napastnicy zaś pośpiesznie oddalali się ginąc
w pobliskich polach.
Nie mogło być sytuacji bardziej niespokojnej i
tragicznej. I tu jeszcze raz – niestety ostatni - dał się
zobaczyć mocny charakter tego odważnego kapłana.
Walcząc z ogromnym bòlem, dosłownie oszołomiony
Ks. Minzoni pròbuje powstać, udaje mu się podźwignąć
na kolana, upada ponownie, potem znòw się podnosi i
chwyciwszy się ramienia Enrica ròwnie ledwie żywego udało
im się uczynić jeszcze parę krokòw w kierunku
plebani.
Parę metròw przed nią upadł i tutaj zabrakło
już sił naprawdę. Na rozpaczliwe wołanie
Enrica przybiegła grupa parafian, ktòrzy podniòsłszy
ciało Ks. Minzoni z ziemi zanieśli je do jego sypialni.
Był to mały pokoik, bardzo skromny, symbol prostoty
życia dobrego proboszcza. Natychmiast wezwano lekarza
gminnego ktòry po kròtkich oględzinach orzekł bardzo
ciężki stan pacjenta i przystąpił szybko do
ratowania rannego. Po dziesięciu minutach widząc objawy
znacznego pogorszenia, lekarz stwierdził że nic już
nie można zrobić i że medycyna jeszcze raz staje
bezradna wobec skutkòw takiego okrucieństwa.
Zawiadomiony natychmiast o napadzie, na miejsce zdarzenia i na
plebanię przybył ròwnież oficer Karabinieròw. Dwa
razy powracał do pokoju Ks. Proboszcza pròbując zamienić
z nim słowo lecz bezskutecznie.
Tymczasem lud, przejęty bòlem i wzruszeniem, przybywał
do domu Arciprete ze wszystkich stron masteczka. Umierający
nic nie mòwił, nie mògł mòwić. Powiedział,
czy raczej wydawało się niektòrym, że mòwił
lekkim poruszeniem warg, jakieś zdanie po łacinie. Może
chciał o czymś przypomnieć, może chciał
przebaczyć, może polecał swoich zabòjcòw i siebie
Bożemu Miłosierdziu.
Obok jego łòżka trwali w bòlu i trwodze, złamani
cierpieniem bez imienia i bez nadziei jego krewni, przyjaciele,
Arciprete Ks. Fusari, ktòry udzielił mu ostatniego
namaszczenia i towarzyszył mu swoją modlitwą aż
do samej śmierci.
O pòłnocy dusza męczennika odeszła do Pana. Zaraz
ciało Ks. Minzoni zostało złożone na małym
franciszkańskim łòżku, ktòre bardzo przypominało
łòżko polowe. Czuwały przy zmarłym w
modlitwie i szlochach dobrotliwe Siostry Miłosierdzia, niektòrzy
członkowie Circolo Giovanile „Giosuè Borsi”, kilku
harcerzy katolickich i bliscy przyjaciele. Na sutannie Księdza
błyszczało 11 odznaczeń, wśròd nich srebrny
medal zasługi. |